Jesienne Trudy 2015 – TP 50

Posted on Updated on

5

Dwa tygodnie po niesamowitej Olsztyńsko – Warmińsko – Mazurskiej Abentojri wybraliśmy się na Jesienne Trudy do Barlinka. Jako, że wychowałem się na dokładnych mapach do biegów na orientacje, do startu w tych zawodach przekonała mnie właśnie część map w skali 1:25 000, na których biegane były poprzednie edycje Trudów. Oprócz tego spodziewałem się przyjemnej, kameralnej imprezy w pięknej okolicy – i tak (choć trochę drogo) właśnie było :-).<img src=”http://ekspert.streetcom.pl/pl/statistics/streetcom_344087_27693.gif&#8221; />

Na Trudy wybraliśmy się razem z bratem w piątek wieczorem. Po dotarciu do bazy dość sprawnie odebraliśmy chipy (elektroniczny pomiar czasu – kolejny atut Trudów!), otworzyliśmy plecaki i piwko. Jak przed każdym innym startem, zacząłem pakować się na start już wieczorem, żeby mieć te 10 minut snu więcej rano. Tym razem pakowanie prowiantu na trasę znacznie sobie utrudniłem nie zabierając z domu… plecaka biegowego. No to teraz lipa. Zdarzalo mi się zapomnieć czołówki na nocne zawody, karimaty, gubić kartę (całe szczęście, że mam odruch pakowania butów), przyszła kolej i na plecak. Pierwszy wariant awaryjny zakładał, że dwie butelki z izotonikiem wezmę w ręce, a batony upcham gdzies po kieszeniach, wariant ten legł jednak w momencie, kiedy okazało się, że nie mam trzeciej ręki do trzymania mapy i kompasu. Drugi wariant, bsurdalny i bardziej na żarty – wziąć plecak turystyczny (bagatela – 70-litrowy), też uznałem jako idiotyczny. Chwila namysłu i bez większego namysłu przymierzyłem… pokrowiec od śpiwora. Założyłem go na plecy, załadowanego dwoma butelkami, redbullem i kiloma batonami. Krótki trucht po sali i okazało się, że to genialne rozwiązanie braku plecaka! Ani nie dynda, ani się nie majta, szybko się zakłada i ściąga z pleców. Jest lekki, mały i przewiewny. No i spokojnie mogłem pójść już spać :-).

Rano ciężko się wstawało, normalni ludzie o tej porze w weekend śpią, Szybkie przebranie się w ciuchy „robocze” i sprawnie, o 6.40 zjawiliśmy się z pozostałymi zawodnikami na dziedzińcu szkoły – miejscu startu. Dostaliśmy mapy, szybka analiza trasy – będzie ciekawie! I tak ruszył peleton składający się z około 40 osób.

Start -> 1
4,9 km
00h 27′

0 - 1

Mieliśmy jakies 5 minut na zapoznanie się z trasą przed startem. Wariant na punkt pierwszy już nie dość oczywisty. Mapa składała się z ogólnikowej mapy w skali 1:50 000 z wyciętymi fragmentami w skali 1:25 000. Ciężko było o takiej porze uruchomić wyobraźnię, żeby jakoś posklejać to w całość i wcisnąć w puste części mapy fragmenty o innej skali. Ruszyliśmy peletonem, który rozdzielił się już przy zbiegu z asfaltu w „białe pole”. Jedni skręcili szybciej, inni polecieli zupełnie naokoło, a my tak pośrednio, przez las dobiegliśmy do szlaku turystycznego. Po kilkuset metrach grupy się znowu połączyły i biegliśmy sprawnie wzdłuż brzegu jeziora w kierunku pkt1. Od razu uformowała się ciekawa grupka na czele, która obrała taki sam wariant na pkt1. Podbiliśmy punkt wiedząc, że przed nami jest tylko trzech zawodników (w tym aktualny mistrz polski – Michał Jędroszkowiak w parze z Piotrem Szaciłkowskim). Dzięki temu wiedzieliśmy, że utrzymujemy dobre tempo, które nam odpowiadało.

1 -> 2
1,4km (6,3km łącznie)
9′ (00h 36′ łącznie)
1 - 2

Szybki odbieg od 1 punktu. Urokiem masowego startu na z góry ustalonej trasie (bez scorelaufu) jest to, że od razu chce się uciec z zasięgu wzroku przeciwnikom za sobą. Sprawnie przebiegliśmy przez przejrzysty las i długą prostą drogą dotarliśmy do pkt 2. Na prostej w zasięgu wzroku trzymaliśmy Marcina Sontowskiego.

2 -> 3
1,1km (7,4km)
7′ (00h 43′)
2 - 3

Chłopacy przed nami pobiegli ściezką na południe, a my postanowiliśmy nie nadrabiać niepotrzebnie dystansu i zasuwać prawie że na azymut przez przejrzysty las na wschód. Kierunek wschodni o wschodzie słońca – oślepiające słońce sprowokowało mnie do pierwszego bliższego kontaktu z runem leśnym, za to wschodzące słońce w lesie jesienią jest czymś ponadprzeciętnie pięknym, nawet z poziomu podłoża. Dobiegając do drogi przy pkt3 spotkaliśmy ponownie parę liderów i po chwili trzeciego Marcina. Płoty na tym przebiegu dość znacznie mijały się z rzeczywistością, a szczególnie te przy samym pkt3. Punkt był umiejscowiony zdecydowanie bliżej drogi, ale na szczęście sprawnie udało nam się go namierzyć.

3 -> 4
2,9km (10,3km)
20′ (1h 03′)
3 - 4

Po odbiegu z pkt 3 pierwsza trójka zniknęła nam z zasiegu wzroku, ale nie było to dla nas zdziwieniem, bardziej  nas dziwiło to, że 7km przebiegliśmy w ich tempie. Kawałek drogą na północ pozwolił na opracowanie wariantu na dobieg do pkt 4. Przy pierwszej krzyżówce postanowiliśmy zasuwać lasem. Przy naszym tempie dużo nie tracimy wtedy na szybkości, a można skrócić kilka kilometrów w porównaniu do biegania drogami. Sprawnie dobiegliśmy w okolice Pkt4. Zbiegając z góry spotkaliśmy biegnącego na ten sam punkt Marcina (na mecie okazało się, że myślał że szukamy Pkt1 😉 ). Przy samym Pkt 4 znowu spotkaliśmy liderów – Michała i Piotra. To spotkanie było dość budujące.

4 -> 5
5,0km (15,3km)
53′ (2h 00′)
4 - 5

Tego przebiegu najchętniej bym nie wspominał. Banalny przebieg, na którym już w połowie odbiło nas na południe. Ogarnęliśmy się trochę za późno, ale odbiliśmy na północ biegnąć znaną już z przebiegu na pkt1 brukową droga. W okolicy punktu widzieliśmy, że potrzebne jest duże skupienie, bo punkt nie był oczywisty. Ja szedłem jedną stroną muldy, Krzysiek drugą stroną i trochę nam tak zleciało czasu, jak się rozdzieliliśmy. Na moje nieszczęście (przedwczesna ślepota w wieku 24 lat?) przeczytałem opis punktu jako „skraj LASU”. No i zasuwałem do góry, gdzie widać było prześwity w lesie, które są na pewno jego skrajem. I tak od krzaka do krzaka, od gęstwiny do gęstwiny. W końcu nie mogłem znaleźć ani Krzyśka, ani punktu. Punktu „szukałem” na wariata, nie wiem co we mnie wstąpiło, ale przestałem patrzeć na mapę i liczyć na łud szczęścia. Biegam i biegam, kilometry lecą, minuty mijają, a punktu nie ma. Dopiero para biegaczy (wśród nich Jacek Górniaczyk) uświadomili mi, że w opisie punktu jest „skraj TARASU” – a to dość znacząca różnica… Punkt podbiłem już razem z dużą grupą około dziesięciu zawodników.

Przybliżenie mojego orientacyjnego geniuszu:
5

Tu warto przytoczyć kilka ciekawych liczb z tego przebiegu. Od zejścia z drogi przy pkt 5 do znalezienia punktu minęło 40 (!) minut. W tym czasie przeszedłem 2,5km. Spadłem z 4/5 miejsca na miejsce około 15. Straciłem niebotyczną ilość sił i wiary w siebie. Analizując zapis GPS dzień później okazało się, że Krzysiek przy pierwszym najściu na punkt minął go o mniej niż 10 metrów. Od tego punktu rozdzieliliśmy się (podbił go 32 minuty szybciej, raczej nie opłacało mu się na mnie czekać).

5 -> 6
3,7km (19km)
24′ (2h 24′)
5 - 6

Po podbiciu pkt5 złapała mnie sportowa złość połączona z załamaniem. Jednak pierwszy kilometr po drodze przewyższałą chyba ta złośc (tempo 4:44/km). Postanowiłem odbić na wschód, ale jakoś mi się coś nie zgadzało i postanowiłem wrócić do drogi, uspokoić nerwy i zasuwać dłuższym, ale pewnym wariantem, żeby nabrać pewności siebie na dalszą część trasy. Przed samym pkt6 byłem pewien z mapy, że to będzie górka, jednak górka ta okazała się solidnej wielkości dołem. Punkt podbiłem znowu w większej grupie, jednak już zacząłem prezsuwać się z powrotem do przodu w klasyfikacji.

6 -> 7
5,1km (24,1km)
37′ (3h 01′)
zdjęcie

Dobieg na pkt7 na szczęście był dość prosty, pobiegłem na około swoim, pewnym wariantem. Tempo biegu i świadomośc, że z tyłu zostają kolejni zawodnicy dodało mi otuchy. Wiedziałem już, że od 8pkt będzie ciężko uciec komukolwiek z zasięgu wzrosku (następne punkty są bardzo blisko siebie), więc tu starałem się zostawić peleton za sobą, chociaż parę minut szukania punktu spowodowało, że znowu spotkaliśmy się większa grupą.

7 -> 8
5,9km (30km)
38′ (3h 39′)
zdjęcie

Dłuuuuga przeprawa asfaltem. Przez jakiś czas widziałem za sobą jakiegoś biegacza, co motywowało mnie do zebrania sił i pokracznej ucieczki. Udało mi się dobiec do punktu 5 minut przed następnymi zawodnikami. Znowu wbiegliśmy na dokładnę mapę. Warianty na najbliższych 10 punktów ułożyłem sobie już podczas tego ponad półgodzinnego, nudnego przebiegu po brukowanej drodze. Nogi już dało się poczuć.

8 -> 9
1,0km (31,0km)
6′ (3h 45′)
8 - 9

Przebieg bez przygód, końcówka pod górkę już nie biegając. Na pkt 9 był wodopój, gdzie uzupełniłem zapasy picia, dowiadując się jednocześnie, że jestem piąty (czyli wróciłem do pozycji zajmowanej przed ferelnym pkt5), a mój brat jest 30 minut przede mną – to mnie zmotywowało i dało solidnego kopa! Oczywiście nie obeszło się bez skomentowania przez obsługę wodopoju mojego w pełni profesjonalnego pokrowco-plecaka ;-).

9 -> 10
1,2km (32,2km)
10′ (3h 55′)
9 - 10

Zaczęła się kolejna ciekawa część biegu – gęsto rozsiane punktu, czli to co lubię najbardziej (chyba uzależnienie wyniesione z biegów na orientację). Punkt znaleziony sprawnie i szybko, bardzo dokładnie ustawiony.

10 -> 11
1,2km (33,4km)
12′ (4h 07′)
10 - 11

Po zbiegu z pkt10 spotkałem dwóch goniących mnie zawodników, jednak nie wydawali się być w pełni sił. Pkt 11 szybko i sprawnie, nie nadrabiając specjalnie dystansu, jednak cholernie mocno parząc się pokrzywami i innymi wyposażonymi w kolce roślinami…

11 -> 12
2,2km (35,6km)
31′ (4h 38′)
11 - 12

Kolejne pół godziny dzikiego biegania w kółko. Odbiłem nie z tej ścieżki co chciałem i stracone około 30 minut – znowu dogonili mnie rywale i znowu morale opadły… Szukając pkt 12 trzykrotnie nachodziłem na charakterystyczny kamień – byłem prawie pewien, że tam powinien być punkt, ale jednak się myliłem.

12 -> 13
1,6km (37,2km)
11′ (4h 49′)
12 - 13

Zdenerwowanie na swoje nieogarnięcie przy trudniejszych punktach sięgnęło zenitu. Całą odległość pokonałem marszem, zajadając batony i uzupełniając płyny w organizmie – przydało się takich kilkanaście minut na regenerację.

13 -> 14
2,2km (39,4km)
19′ (5h 08′)
13 - 14

Kolejny punkt zdobyty bez biegania. Samo dojście na punkt po rzeźbie terenu. Przed odbiciem na punkt widziałem, jak jakaś para zawodników przestrzela odejście na punkt, tutaj ich wyprzedziłem i potem widziałem na szczęście dopiero na mecie. Po błądzeniu na pkt 12 spodziewałem się, że znowu spadłem o kilka miejsc w klasyfikacj w dół. Do tego wiedziałem już, że nie mam raczej szans dogonić Krzyśka (z międzyczasów wynika, że na pkt 11 miałem do niego 21 minut straty).

14 -> 15
1,3km (40,7km)
9′ (5h 17′)
14 - 15

Z Pkt 14 kawałek drogą, skrót przez las i na kolejnej drodze spotkałem kolejnego zawonika, który musiał mnie wyprzedzić na pkt 12. Pobiegł swoim wariantem przez las na odcinku „skrótu” przez białe pole na mapie. Ja poleciałem prosto do ścieżki która wyprowadziła mnie bezpośrednio na pkt15. Potem już kolegi na szczęście nie miałem okazji zobaczyć. Tutaj wstąpiły we mnie nowe moce, bo uświadomiłem sobie, że prawdopodobnie znowu jestem na 5 miejscu i przede mną jest tylko czołowa trójka i brat.

15 -> 16
1,4km (42,1km)
12′ (5h 29′)
15 - 16

Sprawny przebieg, po wypiciu redbulla i zastrzyku batonów na poprzednich przebiegac wstąpiły we mnie nowe siły i przyszła pora na zdjęcie kurtki, bo zrobiło się naprawdę ciepło. Punkt podbity bez większych przygód, trochę bardziej na zachód, niż się spodziewałem.

16 -> 17
1,1km (43,2km)
11′ (5h 40′)
16 - 17

Na tym przebiegu GPS z zapasowego telefonu (poprzedni został utopiony na Abentojri, a nowego nie odważyłem się zabrać ze sobą) zaczął znowu działać. Trochę obawiałem się tego punktu, mając w głowie motanie na pkt5 i pkt12, ale powoli maszerując, przy pełnym skupieniu na mapie, udało mi się bezbłędnie na niego najść.

17 -> 18
1,4km (44,6km)
14′ (5h 54′)
17 - 18

Nie chcąc tracić sił na niepotrzebne chodzenie po krzakach, obrałem pewien wariant skrajem pola i pewne najście na punkt obchodząc dookoła bardzo urokliwe bagienki. Punkt opisany jako zniszczona ambona, ale nie spodziewałem się, że będzie aż tak bardzo zniszczona.

18 -> 19
1,6km (46,0km)
14′ (6h 08′)
18 - 19

Dobieg bez żadnych przygód. Na mecie okazało się, że podczas tego przebiegu liderzy przybiegli już na metę (dla mnie to jeszcze był kawał drogi do mety…)

19 -> 20
3,0km (49,0km)
21′ (6h 29′)
19 - 20

Kolejne przejście z mapy 1:25 000 na mapę  1:50 000. Przy takim zmęczeniu, łączenie tych fragmentów map wychodziło mi jeszcze gorzej niż na początku, ale nie licząc lekkiego odbicia nie w tą drogę, które szybko skorygowałem, szybko podbiłem punkt i poleciałem dalej, na kolejną dokładną mapę, na które już widnieje meta.

20 -> 21
4,5km (53,5km)
38′ (7h 07′)
20-21

W okolice pkt 21 dotarłem trochę inną drogą niż zamierzałem, a sam punkt opisany jako wklęsły róg gęstwiny trochę mnie zmylił i doszedłem do większej gęstwiny niż ta, przy której był punkt. Po obejściu dookoła terenu, który kiedyś pewnie był ogrodzony płotem, który zaznaczony jest na mapie, punkt nagle wyrósł mi przed oczami. Znowu mały błąd, ale tym razem nic nie znaczący.

21 -> 22
1,6km (55,1km)
12′ (7h19′)
21 - 22

Banalny wręcz dobieg asfaltem. Nogi mogły odpocząć. Odbicie z asfaltu trochę wcześniej, żeby wbić się w odpowiednią muldę i „piiip” – punkt podbity.

22 -> 23
1,1km (56,2km)
10′ (7h 29′)
22 - 23

Przebieg prosty, ale nie byłem pewien, czy mostek zaznaczony na mapie będzie istniał (póki co całą trasę przebiegłem bez zmoczenia nóg!). Na szczęście mostek był. Gorzej wyglądał sam punkt, który sam w sobie był mostkiem.

23 -> 24
1,2km (57,4km)
13′ (7h 49′)
23 - 24

Trochę obawiałem się dwóch ostatnich punktów, jako że były umiejscowione w zagłębieniach w lesie. Jednak okazały się na tyle widoczne, że nie popełniłem kolejnych 30-minutowych błędów.

24 -> 25 -> META
2,2km (59,6km)
19′ (8h 01′)
24 - 25 - M

Dobieg na pkt25 w końcu zmoczył mi nogi, co w sumie było dość przyjemnie, biorąc pod uwagę grzejące słońce. Sam pkt 25 udało mi się zdobyć idąc po warstwicy. Dobieg do mety już koncówką sił, bo po drodze jeszcze kilka nieznacznych, ale dających się we znaki podejść pod górki.

Na mecie okazało się, że rzeczywiście skończyłem zawody na 5 miejscu. Do liderów straciłem 2 godziny, a Krzysiek odbiegł mi na aż godzinę (analizując międzyczasy, akurat 1 godzina wtopiona na pkt 5 i pkt 12). Jak na drugi start na trasie pieszej w tym sezonie, to niezły wynik. Za mną już w mniejszych odstępach wpadli na metę zawodnicy depczący mi od pkt5 po piętach.

Ogólnie zawody można zaliczyć do udanych, zdobyłem ciekawe doświadczenia i udowodniłem sobie, że nie popełniając tak ogromnych błędów nawigacyjnych mogę walczyć o całkiem wysokie miejsca, a 3 miejsce razem z Krzyśkiem na Abentorji chyba jednak nie było przypadkiem. Mam nadzieję odwiedzić Trudy w przyszłym roku, na pewno będzie równie ciekawie. W tym roku zostały jeszcze starty w Nocnym Marku i Szago, do zobaczenia!

PS. Plecak w postaci pokrowca od śpiwora spisał się wzorowo, nie trzeba wydawać kilkuset złotych na sprzęt z kosmicznymi technologiami, żeby spełniał swoje funkcje i był szybki 🙂

IMG_20150926_174342308_HDR[1]

Reklamy

2 thoughts on “Jesienne Trudy 2015 – TP 50

    Pazur Gryfa 2016 – Zasuwacz said:
    8 lipca 2016 o 11:58

    […] punktu to „kaskada”, a pomnikiem przyrody będzie pkt20… Przypomniały mi się Jesienne Trudy z poprzedniego roku, jak pomyliłem „skraj tarasu” ze „skrajem lasu”… […]

    […] punktu to „kaskada”, a pomnikiem przyrody będzie pkt20… Przypomniały mi się Jesienne Trudy z poprzedniego roku, jak pomyliłem „skraj tarasu” ze „skrajem lasu”… […]

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s